Przygoda z rozrzutnikami obornika

Zabawne rzeczy przydarzają się ludziom. Moja mama obecnie mieszka w mieście, ale kiedy była dzieckiem, całe wakacje spędzała u rodziny na wsi, gdzie wraz z siostrami pomagała w gospodarstwie, ale przeważnie oddawała się błogiej zabawie.

Gdy pracują rozrzutniki obornika lepiej się nie zbliżaj

rozrzutniki obornikaWieś jest dla dzieci pełna cudów, można bawić się z cielaczkami o szorstkich językach i błękitnych oczach, gonić podwórkowe koty, drażnić psa, wspinać się na siano i słomę. Raz moja mama z siostrami wymyśliły, że zrobią sobie zdjęcie ubrane całe na czerwono, a w tle będą stały czerwone wozy paszowe. Pół wakacji spędziły na poszukiwaniu czerwonych ubrań i innych przedmiotów w tym kolorze, które będzie można umieścić na zdjęciu. Dopiero, kiedy udało mi się znaleźć już wszystkie potrzebne rzeczy, dotarło do nich, że przecież na zdjęciu nie będzie widać, że wszystko jest czerwone. Tak. W tych czasach zdjęcia jeszcze były czarno białe. Inna przygoda wydarzyła się po żniwach, kiedy wujek mamy nawoził ściernisko po pszenicy za pomocą rozrzutników obornika. Nawóz ten nie pachnie zbyt przyjemnie, co jest raczej powszechną wiedzą, nie wygląda też zbyt ładnie i dekoracyjnie. Moja mama i jej siostry doskonale wiedziały, że lepiej nie zbliżać się do tego pola.

 

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nad miejscem, gdzie pracowały rozrzutniki obornika, latały bociany i było wyraźnie widać, jak spada z nich kilka piór. Oczywiście dzieci musiały koniecznie zdobyć te pióra, bez względu na koszty i ciężkie straty moralne. Ponoć musiały myć się po tej przygodzie trzy razy.